Hełm 1
Hełm 2

Kazimierz Dolny i Janowiec na pierwszej linii frontu

Tomasz Bohun

Kazimierz Dolny i Janowiec na pierwszej linii frontu

Druga wojna światowa okazała się dla mieszkańców Janowca i Kazimierza nad Wisłą tragicznym doświadczeniem. Początkiem była klęska we wrześniu 1939 roku, po niej przyszły krwawe represje niemieckiego okupanta wobec polskiego podziemia oraz ludności cywilnej, a przede wszystkim eksterminacja ponad czteroipółtysięcznej społeczności żydowskiej. Latem 1944 roku miejscowości te stały się areną zaciętych walk armii radzieckiej z Wehrmachtem na tzw. przyczółku janowieckim.

Niemcy już jesienią 1939 roku rozpoczęli represje wobec Żydów. W październiku w Janowcu mężczyźni w wieku 14-60 lat objęci zostali przymusem pracy, a w listopadzie wprowadzono nakaz noszenia opasek z tzw. Gwiazdą Dawida. W 1940 roku zostało utworzone getto, które obejmowało teren całego miasteczka. Wraz z napływem przesiedlanej do Janowca okolicznej ludności żydowskiej sytuacja w przeludnionym getcie janowieckim w 1942 roku była krytyczna. Wystarczy wspomnieć, że przed wojną Janowiec zamieszkiwało około 300 Żydów, natomiast latem 1942 około 2000. Pod koniec sierpnia tego roku Niemcy podjęli decyzję o likwidacji getta. Żydzi zostali przesiedleni do getta w Zwoleniu, skąd niewielka część trafiła do obozów pracy w Skarżysku-Kamiennej, Dęblinie i Kurowie, zaś przeważająca większość, wraz z likwidacją getta zwoleńskiego, do obozu zagłady Treblinka.
W kwietniu 1942 roku Niemcy zlikwidowali getto w Kazimierzu, gdzie przed wojną zamieszkiwało ok. 2500 Żydów (64% populacji mieszkańców). Podobnie jak w Janowcu w getcie kazimierskim, w związku z koncentracją ludności żydowskiej z okolic, panowały warunki urągające człowieczeństwu. Panowała wysoka śmiertelność, dochodziło do mordów i egzekucji. Stopniowe wysiedlenia rozpoczęły się wiosną 1941 roku, kiedy władze dystryktu lubelskiego podjęły decyzję o stworzeniu w Kazimierzu ośrodka wypoczynkowego dla niemieckich żołnierzy i urzędników. Ostatni transport kazimierskich Żydów do obozu śmierci w Bełżcu wyjechał z Nałęczowa 1 kwietnia 1942 roku.
Wiosną 1944 roku nasilił się niemiecki terror wobec ludności cywilnej. Zbliżanie się wojsk radzieckich oraz aktywna działalność podziemia niepodległościowego pociągała represje. Najtragiczniejszym wydarzeniem była egzekucja z 19 czerwca 1944 roku w Zwoleniu, kiedy zostało rozstrzelanych 41 osób, w dużej części janowczan, członków Armii Krajowej. Był to odwet za zabicie przez partyzantów dwóch wysokich rangą urzędników niemieckiej administracji cywilnej: inspektora rolnego z Krakowa Karla Jordana oraz kierownika referatu gospodarczego w Urzędzie Dystryktu Radomskiego Reinholda Bergera. Wpadli oni w ręce Polaków w maju podczas akcji oddziałów AK pod dowództwem Kazimierza Aleksandrowicza ps. „Huragan” i Batalionów Chłopskich pod komendą Józefa Abramczyka ps. „Tomasz” przeciwko stacjonującemu w majątku w Policzne oddziałowi SS. W egzekucji w
Zwoleniu zginął m.in. Antoni Gąciara, przedwojenny komendant organizacji „Strzelec”, a w czasie okupacji dowódca placówki AK w Janowcu.

W końcu lipca 1944 roku 91. Korpus Strzelecki 69. Armii dotarł do Wisły z zamiarem sforsowania rzeki, uchwycenia i utrzymania przyczółków do nadejścia sił głównych. Akcja ta, prowadzona w ramach operacji „Bagration”, miała mieć błyskawiczny przebieg: Rosjanie, nie spodziewając się silnego zgrupowania przeciwnika na lewym brzegu Wisły, liczyli na uchwycenie z zaskoczenia przyczółków, co miało umożliwić im dalszą ofensywę w kierunku centrum Polski. Dodajmy, że uchwycenie przyczółków w rejonie Puław i Janowca było częścią większej operacji polegającej na sforsowaniu Wisły w strategicznych rejonach Sandomierza i Magnuszewa.
Dowództwo radzieckie przeliczyło się, bo przeznaczony do operacji janowieckiej 91. Korpus Strzelecki wprawdzie dysponował dostateczną ilością broni maszynowej i przeciwpancernej, brakło jednak artylerii, a stany osobowe dwóch dywizji – 117. i 370. – które wchodziły w jego skład wynosiły zaledwie połowę etatów (odpowiednio 4819 i 4905 żołnierzy). Niemcy, przewidując zamiary przeciwnika, skoncentrowali w rejonie Janowca i Puław wchodzące w skład 9. Armii 23. Dywizję Przeciwlotniczą oraz 174. Dywizję Rezerwową, które zostały wzmocnione batalionami ochrony, policji, SS, a także jednostkami improwizowanymi.
Mieszkańcy Kazimierza Dolnego i Janowca łudzili się, że podobnie jak we wrześniu 1939 roku, kiedy do najgwałtowniejszych walk doszło na przeprawach w Puławach i Annopolu, działania wojenne ominą ich okolicę. Oddalenie od
linii kolejowej i szosy wojewódzkiej oraz ukształtowanie terenu, uniemożliwiające przerzucenie przeprawy mostowej powodowały, że Kazimierz Dolny i Janowiec jawiły się mało znaczącym rejonem pod względem strategicznym. Nadzieje mieszkańców zdawała się potwierdzać pozornie paniczna i bezładna ewakuacja mocno nadwerężonych oddziałów niemieckich na lewy brzeg Wisły.
Zygmunt Bulzacki wspominał, że 25 lipca Janowiec obsadził silny garnizon Wehrmachtu (w części skompletowany z siedemnasto-osiemnastoletnich rekrutów). Kwaterunkowi niemieckich żołnierzy towarzyszyły rekwizycje żywego inwentarza: „Wieczorem, jak bydło wracało z pastwiska stanęli przy drodze, odpędzili od stada krowę i cielaka, a później dwie owce. Krowę i cielaka zastrzelili, owce zarżnęli, oprawili i poszło wszystko do kotła. Wieczorem widziałem także inny sposób aprowizacji – indywidualny. Jeden z żołnierzy niemieckich polował na gęsi z łopatką saperska w ręce. Wszedł powoli w stado gęsi i machnął łopatką po szyjach. Dwie zostały na miejscu. Podniósł je odciął głowy, chwilę poczekał, aby się wykrwawiły, poczem zabrał gęsi pod pachę i śmiejąc się odszedł na kwaterę. Miał łobuz wprawę, widocznie nie pierwszy raz to robił” – zapamiętał Bulzacki. Mimo ostrego reżimu – m.in. zakazu wychodzenia z domów po zmroku – obeszło się bez prześladowań ludności (choć według plotki w okolicach Janowca zostało zgwałconych kilka kobiet).
26-27 lipca Niemcy przygotowywali stanowiska dla broni maszynowej: okopy na wale przeciwpowodziowym, na zboczu Góry Zamkowej i wzdłuż grzbietów wzgórz kopali nie tylko sami żołnierze, ale także ludność przymusowo ściągnięta do tych prac. Ze względu na swoje oczywiste walory obserwacyjno-obronne obsadzony został również Zamek Janowiecki (można było z niego obserwować teren w promieniu 20 km). Jednak o sile niemieckiej obrony stanowiła liczna artyleria.
Walki rozpoczęły się 27 lipca. Około godz. 9 do Kazimierza i Bochotnicy wkroczył tzw. oddział wydzielony pod dowództwem płk. Rusakowa. Jednostka składała się z dwóch kompanii piechoty wspieranych przez dywizjon moździerzy oraz dywizjon dział przeciwpancernych i kompanię saperów. Rosjanie dysponowali około trzydziestoma łodziami, siedmioma pontonami i zestawem kładek. Niestety pierwsza próba sforsowania rzeki nie powiodła się: desant na północ od Kazimierza, vis-á-vis Wojszyna, wobec niemieckiego ostrzału artyleryjskiego i z broni maszynowej załamał się.
Oddział Rusakowa, wzmocniony nowymi jednostkami, ponowił próbę sforsowania Wisły w tym samym miejscu o godz. 1 w nocy. Tym razem poszło lepiej: 120 czerwonoarmistów bez wsparcia artyleryjskiego wylądowało na bezimiennej wyspie nieopodal Wojszyna, a stamtąd dwudziestoosobowy rekonesans przeprawił się na lewy brzeg Wisły. Wprawdzie kolejnym jednostkom radzieckim nie udało się pod silnym ostrzałem niemieckim dołączyć do swoich towarzyszy, jednak nawet z nastaniem dnia Niemcy nie odważyli się wyprzeć z zajętej pozycji radzieckiego zwiadu. To z kolei zasługa artylerii 91. Korpusu Strzeleckiego, która skutecznie osłaniała dwudziestu zwiadowców.
Niemcy zaniepokojeni radzieckim desantem wzmocnili załogę Janowca batalionem zbiorczym z 26. Dywizji Piechoty. Nocą z 28 na 29 lipca Rosjanie ponownie przystąpili do sforsowania Wisły: tym razem na odcinkach Kazimierz-Bochotnica i Bochotnica-Parchatka siłami dwóch pułków i batalionu strzeleckiego 370. i 117 Dywizji (ich śladem miały podążyć kolejne dwa pułki drugiego rzutu). Przeprawę wspierała pokaźna artyleria – 262 dział i moździerzy – jednak z braku dostatecznej ilości amunicji ostrzał w trakcie operacji nie odznaczał się intensywnością. Niemcy nie dali się zaskoczyć i dzięki zaporze ogniowej uniemożliwili przerzucenie większych sił: na lewy brzeg udało się dotrzeć jedynie dwóm plutonom z 370. Dywizji (27 ludzi w okolicach Sadłowic), oraz trzem kompaniom i plutonowi zwiadu ze 117. Dywizji. Te jednostki wzmocniły i dostarczyły zaopatrzenie owym dwudziestu zwiadowcom, którzy od dwóch dni tkwili w okolicach Wojszyna. Fiaskiem zakończyła się również trzecia próba sforsowania rzeki podjęta następnej nocy.
Sytuacja Rosjan polepszyła się gdy powiodły się desanty jednostek 61. Korpusu, które na południu, pod Lucimią i Chotczą, uchwyciły dwa przyczółki (w nocy z 29 na 30 lipca w tych miejscach oraz u ujścia rzeczki Zwolenki udało się przeprawić przez Wisłę dwie dywizje strzeleckie).
Choć część janowczan zawczasu opuściła miejscowość, ich ewakuacja trwała właściwie do chwili rozpoczęcia walk. Ci, którzy pozostali radzili sobie jak mogli. Zygmunt Bulzacki wspomina, że nie tylko on z ojcem postarali się zabezpieczyć od wszelkiego zagrożenia: sąsiedzi chronili się w piwnicach i naprędce wykopanych schronach, sami zaś skonstruowali swoje schrony na zboczu zamkowym i „po drugiej stronie wąwozu”. W czasie nalotu i ostrzału radzieckiej artylerii 2 sierpnia w piwnicach Zamku schroniła się część mieszkańców Janowca. Solidne mury ochroniły cywilów.
Według wspomnień świadków mimo intensywnego ostrzału artyleryjskiego w ten i następne dni ofiary wśród ludności były znikome (m.in. 11-chłopiec oraz kobieta z trojgiem dzieci). A niebezpieczeństwo było na wyciągnięcie ręki: choćby podczas wypasu bydła. Jednak i w tej sytuacji sprytni chłopi znaleźli – jak im wydawało – doskonały sposób: wypasający na łąkach ubierali się w białe koszule – bo jak wieść niosła – Rosjanie nie będą strzelać do tak wyróżniających się cywili. I rzeczywiście radzieccy obserwatorzy i celowniczy nie ostrzeliwali janowieckich pastwisk.
30 lipca niemieckie lotnictwo zbombardowało Zastowo – wioskę położoną po prawobrzeżnej stronie Wisły – w której Rosjanie zgromadzili łodzie do przeprawy przez rzekę. Mimo ostrzału radzieckiej artylerii przeciwlotniczej Niemcy przeprowadzili akcję bez strat: zaskoczenie Rosjan było zupełne, tak że nie zdążyli poderwać swojego lotnictwa myśliwskiego. Również w następnych dniach panowanie w powietrzu było w rękach Luftwaffe.
Straty w 91. Korpusie zostały szybko uzupełnione, bo jeszcze 30 lipca otrzymał on transporty z amunicją i środkami przeprawowymi (m.in. 22 łodzie). Te posiłki sprawiły, że nocą z 30 na 31 lipca w okolice Wojszyna i Wojszyna Nowego udało się przerzucić nie tylko nowe bataliony piechoty wraz z jednostkami artylerii i przeciwpancernymi, ale także stworzyć dość rozległy przyczółek o szerokości 5 km i głębokości 1,5 km.
Nowym celem radzieckiego dowództwa stało się teraz połączenie tych małych, taktycznych przyczółków w jeden duży, z którego byłoby możliwe rozwinięcie sił w skali operacyjnej. Między nimi był Janowiec, o który zacięte walki trwały od 2 do 4 sierpnia.
Pierwszego dnia większe sukcesy odniósł 61. Korpus, któremu udało się znacznie rozszerzyć swój przyczółek. Żołnierze radziecy dotarli do linii Janowice-Baryczka-Szlachecki Las-Andrzejów-Chotcza Góra. Nazajutrz, w krwawych walkach, za cenę utraty Baryczki, Szlacheckiego Lasu i Andrzejowa, udało się im odeprzeć niemieckie kontrnatarcie. Do decydujących walk o Janowiec doszło 4 sierpnia, a główna rola w jego opanowaniu przypadła żołnierzom 91. Korpusu: w godzinach przedpołudniowych dwa bataliony 1083. Pułku z 312. Dywizji Strzeleckiej, bez wsparcia artylerii, wdarły się do miasteczka, gdzie rozgorzał zażarty bój o Zamek: czerwonoarmistom udało się go opanować za drugim podejściem. Niebawem odparli niemieckie kontrnatarcie od strony miejscowości Nowe Ławeczko.
Zygmunt Bulzacki, który z sąsiadami ukrywał się w zamkowej piwnicy, tak  wspominał pierwsze spotkanie z radzieckimi żołnierzami: „Około godziny 11 ktoś intensywnie począł dobijać się do zabarykadowanych drzwi. Przestrach i konsternacja ogarnęły bez wyjątku wszystkich. Zapanowała cisza. Mężczyźni szeptem zaczęli się naradzać co czynić. Wtem zza drzwi padło kilka przekleństw w języku rosyjskim i głośne słowa: „odkrywaj dwiery”. Wówczas nowe obawy. Może to Niemcy i ich sługusi „własowcy” przyszli teraz obsadzić ruiny zamku i bronić się w nim? A może przyszli dokonać masakry? Kobiety zaczęły lamentować. Kilkakrotnie pada jeszcze wezwanie do otwarcia drzwi, groźba, że będą strzelać i wreszcie „odkrywaj! My sowieckie sołdaty”. Wtedy ulga. Płacz radości i wołanie oby szybciej otwierać drzwi. Szybko odsunięto deski i inne graty tarasujące wejście. W szczelinie drzwi ujrzeliśmy ich – żołnierzy Czerwonej Armii. Przebiegali wzdłuż ścian, wypatrując wśród ludzi i pytając: „Germańców zdzieś niet?”. Raz po raz padają odpowiedzi: „Nie, nie ma i nie było”. (…) Pamiętam dobrze tych trzech, pierwszych żołnierzy. (…) Najstarszy z nich był niski, drobny mężczyzna po czterdziestce, z pobrużdżoną zmarszczkami twarzą, spoconą i zakurzoną, na której czerniały podkręcone zawadiacko do góry wąsy. Furażerka na głowie z dużą czerwoną gwiazdą i „pepeszka” w ręku określały jego żołnierską powinność. Przysiadł na chwilę na niskim stołku, wyciągną przed siebie nogi, pepeszkę położył na kolanach i zwrócił się do stojącego obok mężczyzny: „No Pan dawaj, zakurim”. Nie wiadomo czy była to prośba, czy też zaproszenie? W każdym razie kilku z nas podeszło do niego z czym kto miał. On także wyciągnął swój kapciuch, oddarł kawałek gazety, przygotował potężnego skręta a kapciuch podał najbliższemu sąsiadowi. Skrzesał ognia w przemyślnej, zrobionej w łusce pocisku zapalniczce, zaciągnął się mocno raz i drugi, kaszlnął i popatrzył z uśmiechem dookoła. „Krepki” – powiedział – „Pan weźmi popróbuj” i podał mi swój kapciuch. Podziękowałem, mówiąc, że nie palę, inni skwapliwie skorzystali z zaproszenia. Palili w milczeniu. (…) Wreszcie padły pierwsze słowa, najpierw po polsku, a następnie po rosyjsku. Nic dziwnego, starsze pokolenie dobrze znało ten język. Wychowali się przecież pod carskim zaborem i uczyli się w rosyjskiej szkole. I tak oto ten typowy, rosyjski „diadia” przełamał pierwsze lody”.
Z kolei Zygmunt Markowski, również świadek wkroczenia czerwonoarmistów, zapamiętał dość trywialną reakcję jednego z nich na widok polskich cywili: „O świcie nad dołem, w którym znajdowało się kilka rodzin, stanęło dwóch żołnierzy i wtedy usłyszałem pytanie – „Chaziajka, wódka jest?” W tamtym czasie, jak pamiętam, bimbru na wsi nie brakowało, a i Niemcy za zboże płacili wódką, Jedna z kobiet przyniosła litr wódki i tak opłaciliśmy nasze oswobodzenie od Niemców”.
Dla żołnierzy każda pomoc ze strony miejscowych była cenna: chłopi pomagali przy przeprawianiu żołnierzy przez Wisłę, dostarczali informacji o warunkach terenowych i rozlokowaniu sił wroga. Niebawem jednak przybyli enkawudziści, którzy rozpoczęli polowanie na żołnierzy konspiracji. Tadeusz Łukasik wspominał, że wkrótce po zajęciu Janowca przez Armię Czerwoną NKWD, które dysponowało listą sporządzoną przez niezidentyfikowanego agenta sowieckiego (zapewne członka lokalnych struktur PPR), aresztowało kilkunastu żołnierzy AK, których wcielono do Ludowego Wojska Polskiego lub wywieziono do ZSRR. Z kolei Franciszek Zając, inny żołnierz konspiracji akowskiej, z goryczą wspominał, że wraz z dwoma kolegami został zadenuncjowany sowieckim organom bezpieczeństwa przez „sąsiada” z Oblas, działacza PPR oraz „konfidenta w służbie PKWN” z Kazimierza Dolnego. Z grupą kilkuset Polaków trafił do łagrów w Borowiczach i Jegolsku w obwodzie twerskim, gdzie cudem udało się mu uniknąć śmierci: chory na gruźlicę powrócił do Polski dopiero w maju 1946 roku.
Rosjanie świadomi, że to dopiero początek ciężkich walk o utrzymanie przyczółku zaczęli namawiać miejscową ludność do ewakuacji za Wisłę. Wobec niemieckiego ostrzału nie można było przetransportować na łodziach dużej liczby cywili, póki co środki przeprawowe były potrzebne wojsku. Sytuacja zmieniła się 15 sierpnia, kiedy udało się połączyć izolowane przyczółki w jeden – tzw. janowiecko-puławski i odrzucić wroga na zachód. „Następnego dnia wydano rozkaz ewakuacji wszystkich obywateli cywilnych. Każdy z gospodarzy, licząc się z tym już wcześniej, przygotował to, co dla niego było najważniejsze. Przede wszystkim ubranie, żywność i inwentarz żywy. Na wozie wszystkie toboły, dzieci i świnki, a do wozu przywiązano łaciate. I tak pożegnaliśmy nasze gniazdo rodzinne na prawie siedem miesięcy. (…) Przeprawa odbywała się etapami przez most pontonowy, który znajdował się przed Lucimią. W międzyczasie samoloty niemieckie nadlatywały i zrzucały na ten most bomby, choć nie zawsze udało im się trafić w cel. Było tak – zamaskowane wozy (tabory) cywilne stały w pogotowiu pod wierzbami i kiedy była cisza i nie słyszeliśmy samolotów, ruszały grupami na most i jak najszybciej go przejeżdżały. Odbywało się to dosyć sprawnie. My szczęśliwie dotarliśmy na drugi brzeg, gdy w tym czasie nadleciały niemieckie samoloty i posypały się bomby. Most został przerwany, a kilka furmanek z ludźmi, końmi i bydłem utonęło w Wiśle. To był okropny widok” – wspominał mieszkaniec Brześc Zygmunt Markowski. Ewakuowanych rozmieszczano w okolicznych wsiach m.in. w Spławach koło Kraczewic i Niezabitowie.
Do 27 sierpnia oddziały radzieckie i polskie, które forsowały Wisłę w rejonie Puław dostatecznie mocno usadowiły się na lewym brzegu Wisły. Przyczółek puławsko-janowiecki, o szerokości ok. 30 km i głębokości 15-17 km, stał się podstawą operacyjną do dalszych działań, które ruszyły dopiero na początku następnego roku. Dysponujemy jedynie zbiorczą liczbą żołnierzy radzieckich poległych w walkach toczonych na terenie gminy Oblasy, a więc również na przyczółku janowieckim, od sierpnia 1944 do stycznia 1945 roku – 324 żołnierzy i 45 oficerów. Jeśli chodzi o straty ludności cywilnej to nasza wiedza jest o wiele skromniejsza. Sebastian Piątkowski1 podaje, że według dokumentów z 1947 roku w Janowcu i okolicach mieszkało „68 upośledzonych fizycznie lub umysłowo w wyniku działań wojennych, 85 inwalidów cywilnych (?), 190 osób powyżej sześćdziesiątego roku życia pozbawionych jakiejkolwiek opieki, 152 wdowy z małoletnimi dziećmi, a także 49 całkowitych sierot”. W szczególnie dramatycznej sytuacji były osoby w podeszłym wieku oraz wdowy z małymi dziećmi, które musiały zdać się na pomoc i miłosierdzie sąsiadów albo trudnić się żebractwem.
Reżim okupacyjny oraz przygotowania terenu do obrony, a wreszcie intensywność działań wojennych właściwie zrujnowały rejon gminy Oblassy. Skala zniszczeń w niej była największa w całym powiecie kozienickim. Do lata 1944 roku Niemcy bezwzględnie eksploatowali miejscowych rolników kontyngentami żywnościowymi, jednak prawdziwą katastrofę przyniosły działania wojenne: okupant praktycznie całą ludność zmusił do prac fortyfikacyjnych, przez co uniemożliwił jej dokonanie żniw. Dodajmy, że kopanie umocnień na wałach ochronnych w znacznym stopniu je nadwerężyło, przez co przestały spełniać rolę ochrony przeciwpowodziowej. Tragedii dopełniły zniszczenia zabudowań i użytków rolnych na skutek ostrzału artyleryjskiego i bombardowań lotniczych: według tuż powojennych szacunków całkowitemu zniszczeniu uległo 93% budynków. Nędzę mieszkańców gminy Oblassy unaocznia fakt, że trzy lata po zakończeniu wojny aż 35 % z nich wciąż egzystowało w bunkrach, szałasach i prowizorycznie zbudowanych domach. Spuścizną wojny, która wciąż zbierała krwawe żniwo, była ogromna ilość niewybuchów.

1 Z problematyki strat ludnościowych i materialnych gminy Oblassy w latach drugiej wojny światowej (1939–1945), „Notatnik Janowiecki”, nr 8, 1999.

Dofinansowano ze środków MHP w ramach Programu „Patriotyzm Jutra"

Materiały zamieszczone na stronie są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa wersja 3.0 Polska Przygotowanie: Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym 2016 Projekt i wykonanie - Freeline.
Ta strona korzysta z plików cookie. Używając tej strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami Twojej przeglądarki. Możesz dowiedzieć się więcej w jakim celu są używane oraz o zmianie ustawień przeglądarki. Kliknij tutaj »
zamknij